Elity 4/1 (4/5) Grudzień-Styczeń 2001-2002 |
|
Warszawa nie była miastem jego marzeń. Jako dziecko przyjeżdżał tu do wuja na wakacje. Stolica robiła wrażenie - fascynował go rozmach i pośpiech wielkiej metropolii, mnogość ludzi. Zaczął studia na Uniwersytecie Warszawskim. Tutaj poznał dziewczynę z Bartoszyc, swoja przyszłą żonę. Ich dzieci są już stąd. Marek Urban od dziesięciu lat prowadzi Firmę Edukacyjną "Marka" i działa aktywnie na rzecz miasta, paradoksalnie więcej niż niejeden rodowity warszawiak. To z jego inicjatywy w tym roku po raz pierwszy zorganizowano w liceach warszawskich obchody Święta Warszawy. Przypadek? A może przeznaczenie? Urodził się na Śląsku w Jaworznie. To obszar pogranicza kulturowego – pół godziny do Katowic, godzina do Krakowa. Niedaleko znajduje się historyczny punkt zetknięcia się trzech zaborów. Nie miał jednak nigdy kłopotów z określeniem swojej tożsamości – jego rodzina pochodzi z terenów dawnej Galicji, a on sam czuje się duchowo związany z Krakowem.
Dzieciństwo kojarzy mu się z ogromnym sadem wokół domu. Tam mieściło się wszystko, co było małemu chłopcu potrzebne do szczęścia: kryjówka na drzewie, boisko sportowe i magazyn amunicji w postaci zgniłych jabłek i śliwek, niezbędny do walki z sąsiednią ulicą. To jest moje doświadczenie z dzieciństwa, że zawsze istnieje wybór:, kiedy chcę być sam, to jestem sam w ogrodzie i mogę się bawić tak jak chcę, a jeśli nie, to mam na podwórku kolegów, z którymi mogę pograć w piłkę albo bawić się w wojnę. Był najmłodszy z trojga rodzeństwa. Kiedy się urodził rodzice byli dobrze po czterdziestce. Był okres, kiedy mu to przeszkadzało; taki kompleks rodziców – dziadków. Ale przyszedł czas partnerstwa – docenił ich mądrość życiową i nauczył się z nimi rozmawiać. Szczególnie blisko był z nieżyjącym już dziś ojcem, postacią zupełnie nietuzinkową, niezwykłą – jego przygodami można by obdzielić wiele ludzkich życiorysów. Zapiski z ostatnich z nim rozmów stały się podstawą dla osobliwej, bardzo osobistej książki. „Historie prywatne” leżą teraz głęboko w szufladzie i czekają na syna Marka – Maćka i małą Oleńkę.
Myśląc nad wyborem drogi życiowej stanął przed dylematem: historia czy archeologia. Archeologia zawsze wydawała mu się bardziej twórcza. To kreowanie pewnej nowej rzeczywistości, coś nie zostało wykopane, więc tego nie ma; odkryte może zmienić rozumienie historii. W Krakowie był wydział archeologii pradziejowej, ale nie śródziemnomorskiej. Taki kierunek proponował Uniwersytet Warszawski, gdzie wykładał światowej sławy profesor Kazimierz Michałowski. Właściwie ta decyzja zaważyła na całym jego dalszym życiu i spowodowała, że związał się nie z Krakowem, ale z Warszawą. Na trzecim roku wziął udział w trzymiesięcznej wyprawie studenckiej szlakiem archeologicznych pozostałości kultury fenickiej nad Morzem Śródziemnym. Jechaliśmy w osiem osób starym Żukiem z przyczepką. Była to przygoda mojego życia: objechaliśmy cały zachodni basen Morza Śródziemnego, przeprawiliśmy się przez Gibraltar do Afryki Północnej. Po powrocie zdał sobie sprawę z tego, że nigdy nie będzie wybitnym archeologiem, bo do tego trzeba sporych zdolności praktyczno – technicznych, a on takich u siebie nie znajdował. Teraz już wie, że wcale nie jest tak kolorowo być archeologiem, ani tak nudno historykiem. Praca archeologa to najpierw szukanie pieniędzy na wyprawy, później dwa-trzy miesiące wykopalisk, a następnie dziewięć miesięcy opracowania tego, co się wykopało. Natomiast praca historyka ma swoje uroki. Natomiast praca historyka ma swoje uroki, z których wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Można dziesięć razy czytać ten sam dokument i za jedenastym zobaczyć to, czego inni nie dostrzegli. Ostatecznie studiował na obu kierunkach, z czego bardzo się cieszy. Studia historyczne w latach osiemdziesiątych były rzetelne. Jeśli ktoś chciał wiedzieć, kto zamordował polskich oficerów w Katyniu, prosił o odpowiednia książkę i ją dostawał. Wydział Historyczny był wówczas pełen wielkich osobistości. Jedną z nich był profesor Aleksander Gieysztor. Pamiętam go, jak wchodzi po schodach Instytutu Historycznego wyprostowany, w złotych okularach długim kożuchu z wygiętym białym kołnierzem. Wyglądał jak wielki ziemianin, który oderwał się na chwilę od partii brydża i wpadł zobaczyć co się dzieje. To człowiek, który był klasa dla siebie. Wykładali również profesor Henryk Samsonowicz – genialny historyk i gawędziarz, profesor skowronek – wybitny znawca XIX wieku, profesor Garlicki, Holtzer i wielu innych. W ramach studiów interdyscyplinarnych trafił na seminarium dotyczące historii literatury romantycznej prowadzone przez profesor Marię Janion. Był oszołomiony erudycją i wyobraźnią pani profesor. Myślę, że obecnie problemem jest brak Mistrza, a przecież „universitas”oznacza wspólnotę – studentów i profesorów.
Studiował w burzliwym okresie – latach osiemdziesiątych, a w tym wielkim, historycznym sporze był całkowicie po stronie Solidarności. 11 listopada 1982 na terenie Uniwersytetu zwołano wiec w obronie aresztowanych, internowanych działaczy. To była moja wielka polityczna inicjacja – wcześniej jedynym moim wyczynem było zrywanie plakatów stanu wojennego w moim mieście. Na dziedzińcu uniwersyteckim zgromadziło się kilka tysięcy studentów, profesorów, zablokowano bramy uniwersyteckie. Cały uniwersytet był otoczony milicją, nad głowami latały helikoptery. Traf chciał, że jako pierwszy przekroczył bramę uniwersytetu. Za nią czekali zagraniczni i krajowi dziennikarze, którzy uznali go za jednego z przywódców. W „Dzienniku telewizyjnym” o 19.30 postać Marka Urbana stała się przypadkowo symbolem uniwersyteckiego strajku. Nie walczył z komuną roznosząc bibuły, ale raczej je czytając. Wraz z kolegami przejął akademicki klub „Ubab”, który jako pierwszy w kraju nie podlegał kurateli ZSMP. Aby zachować programową i finansową niezależność wpadli na pomysł, aby założyć oddział Towarzystwa Trzeźwości i Zwalczania Problemów Alkoholizmu. Mięliśmy pieniądze, legitymacje, a nawet statut, choć jego wymagania eliminowały każdego z nas. Na swa „działalność” dostawaliśmy pieniądze, dzięki którym organizowaliśmy konkurencyjne wobec oficjalnych dni kultury studenckiej. Zapraszaliśmy niezależnych twórców, pisarzy, artystów. Przez trzy lata był starostą rady osiedla Domów Studenta przy ulicy Kickiego – w ramach działalności udało się tam założyć pierwszą w akademiku uniwersyteckim centralę telefoniczną. W czasach marazmu i beznadziei był to naprawdę sukces – napisała wtedy o nich nawet "Polityka". Po studiach pracował jako recepcjonista w hotelu uniwersyteckim "Sokrates" na Służewcu, w prywatnej szkole ucząc polskiego. Współpracował z redakcjami "Obserwatora", "The Warsaw Voice", "Życia Gospodarczego", "Życia Warszawy". W 1992 roku powstał pomysł założenia firmy. Na początku wszystko miało posmak wielkiej zabawy i przygody. Za sto złotych kupiłem pieczątkę i zamówiłem pięć ogłoszeń w "Gazecie Wyborczej", z których trzy wydrukowano z błędnym numerem telefonu. Drukowałem na kserokopiarce ulotki i naklejałem je nocą na Pradze, bo nie było mnie stać na wynajęcie kogoś, kto mógłby się tym zająć. Podstawą działania firmy edukacyjnej "Marka" były i są kursy przygotowawcze dla gimnazjalistów i maturzystów. Sam Marek Urban prowadzi zajęcia z historii, przygotowując do egzaminów wstępnych. Praca z młodymi ludźmi sprawia mu radość. Daje poczucie, że jest w stanie komuś pomóc. Jeżeli udaje mu się kimś pokierować, wzmocnić go psychicznie w przygotowaniach, odczuwa satysfakcję. To trochę jak w tej przypowieści o dziesięciu uzdrowionych przez Chrystusa – z nich wszystkich przyszedł podziękować tylko jeden, ale to i tak dużo. Mam nadzieję, że pomagam wszystkim, a tylko niektórzy dziękują. A może wcale nie jest tak różowo i w tym momencie sobie trochę pochlebiam...Jakby nie było mam z tego frajdę. Kursy przygotowawcze nigdy jednak nie były głównym celem "Marki". W pewnym momencie stwierdziliśmy: "chcemy robić rzeczy ciekawsze niż tylko kursy przygotowawcze". Próbowaliśmy więc swoich sił tworząc dodatek edukacyjny dla "Życia Warszawy", wydają podręczniki, organizując "Wiosenne prezentacje edukacyjne" dla niepublicznych szkół wyższych. Pojawił się tez pomysł założenia szkoły średniej, ale jest on jeszcze niedopracowany. Nadal szukamy najlepszej drogi – może edukacja regionalna? – zastanawia się właściciel "Marki". Jednym z pomysłów było stworzenie edukacyjnej formuły obchodów Święta Warszawy. Zadziwiające jest, ze, choć takie święto istnieje, prawie nikt o nim nie wie. Choć od przełomu 89 roku minęło już sporo lat, w świadomości warszawiaków nadal tkwi data 17 stycznia jako moment "wyzwolenia" Warszawy przez Armię Czerwoną. Dlaczego Warszawa i warszawiacy nie traktują 21 kwietnia jako swojego święta? Czy takie święto w ogóle jest im potrzebne i czy jego kontekst historyczny – uchwalenie i wpisanie do ksiąg grodzkich na sejmie czteroletnim ustawy o miastach królewskich w 1791 roku – jest zrozumiały dla mieszkańców stolicy? Do tej pory uroczystość znajdowała swoje odbicie jedynie w corocznych spotkaniach najwyższych urzędników warszawskich na Zamku Królewskim, w trakcie których przyznawano tytuł honorowego warszawiaka. W kwietniu tego roku po raz pierwszy zorganizowano trzydniowe obchody tego święta w XIX liceum im. Powstańców Warszawy i XII liceum im. Henryka Sienkiewicza. Zorganizowano panele dyskusyjne: historyczny, socjologiczny i historycznoliteracki. Eligiusz Szymanis i Tomasz Wroczyński z Wydziału Polonistyki UW odkrywali uroki literackiej Warszawy XVIII i XIX wieku, a profesor A. Szpociński z Wydziału Socjologii Collegium Civitas analizował stereotypy i mity związane w warszawiakami. Profesor Tadeusz Cegielski z Wydz. Historycznego UW. Poprowadził wykład o XVIII – wiecznej Warszawie. Nie zabrakło też barwnych postaci ze świata kultury, takich jak : Wojciech Mlynarski czy Filip Bajon. Autorzy telewizyjnego cyklu „Dawna Warszawa” Wlodzimierz Rekłajtis i Zbigniew Wawer przygotowali z fragmentów Polskiej Kroniki Filmowej dokument „Warszawiaków portret własny. 1914 –1990.” Zwycięzcy konkursów świątecznych na ciekawą, niestandardową trasą turystyczną, na cykl zdjęć i hasła reklamowe promujące stolicę, otrzymali nagrody z rąk samego prezydenta Warszawy Pawła Piskorskiego, który objął patronatem całą imprezę. Obok obecnego prezydenta pojawili się jego poprzednicy – Stanisław Wyganowski i Marcin Święcicki, co było wydarzeniem bez precedensu. We wprowadzeniu pomysłu w życie udział miała też młodzież. Uznaliśmy, że jeżeli oni tego nie „kupią”, to znaczy, że to święto i ta data są puste i nie wywołują żadnych emocji. Owocem współpracy była gazeta, przygotowana przez uczniów z sześciu szkół średnich gminy centrum. Chętnych do pisania zjawiło się tylu, że "Młoda Warszawa" pęczniał z tygodnia na tydzień – z początkowo planowanych 16 rozrosła się do 48 kolumn pełno kolorowego pisma . W druku jest właśnie drugi numer, a młoda ekipa planuje już kolejny. Za najważniejsze osiągnięcie Święta Warszawy Marek Urban uważa zgromadzenie wokół jego idei pewnego grona osób, które chciałyby nie tylko organizować święto, ale też tworzyć pewna tożsamość lokalną. Dążymy do tego, aby Warszawa miała swoja wielką imprezę plenerową, połączoną z panelami dyskusyjnymi, wykładami, konkursami. W ten sposób zabawie towarzyszyłaby refleksja nad przeszłością i przyszłością tego miasta. Jako historyk Marek Urban stara się patrzeć na Warszawę inaczej, odkrywać w niej pewną swojskość, przytulność. Jest według niego miastem, które trudno pokochać od pierwszego wejrzenia. Trzeba włożyć trochę wysiłku, aby umieć znaleźć tutaj własne ciepłe miejsca i poprzez nie ją oswoić. Dlatego święto, które zbliży warszawiaków do swojego miasta jest tak bardzo potrzebne. |