Gazeta Bankowa |
Stać mnie na etykę.
O uczniów potrzebujących korepetycji walczy się dziś nie przebierając w środkach.Nie przypuszczałem, że w tej branży zetknę się z tak bezwzględną konkurencją. Wydawało mi się, że ludzie zajmujący się oświatą honorują pewne zasady. Okazało się, że to złudzenie. Po 2-3 latach od założenia firmy, kiedy okrzepliśmy i zyskaliśmy pewną renomę, zaczęto systematycznie zrywać nasze ulotki. Konkurencja zatrudniała 10-12–letnich chłopców, którzy szli po śladach naszych ludzi, wynajętych do rozklejania. Kiedyś, gdy mieliśmy tylko jeden numer telefonu, w trzech największych gazetach w Warszawie ukazały się fikcyjne ogłoszenia z naszym telefonem, że poszukuje się kobiety do działu handlowego. Przez dwa tygodnie mieliśmy kompletnie zablokowaną linię. To było zaskoczenie, że w branży, gdzie nie handluje się domami czy samochodami, a więc nie obraca się wielkimi środkami, mamy do czynienia z taką drapieżnością. Nie zamierza pan odpowiadać pięknym za nadobne? Ciągle się waham. Nie jest problemem zatrudnić grupę studentów, żeby zerwali czyjeś ulotki. Jednak taka zdecydowana reakcja powoduje kontrreakcję. Nie chciałbym, żeby się to rozkręcało w takim kierunku. Liczyłem się z konkurencją, ale myślałem, że rywalizować będziemy wynikami i pomysłami. Spotkałem się kiedyś z konkurentami. Zrobili mi wykład, że edukacja to taka sama branża jak każda inna i że będą zrywać ulotki. Twierdzili, że na tym polega wolny rynek. Konflikt tylko się zaostrzył. Okazało się, jak bardzo się różnimy. Inna sprawa, że prowadzeniem kursów i szkoleń zajmują się często ludzie, którzy przyszli do edukacji z zewnątrz, po prostu zainwestowali w to. Jeden z poważniejszych przedsiębiorców w tej branży dorobił się na przykład na deratyzacji. A rzeczywiście nie jest to branża jak inne? Ja chciałbym widzieć to, co robię, w odrębnych kategoriach. Podobnie jak w medycynie, gdzie prywatna praktyka nie jest wyłącznie działalnością komercyjną, ale też jakąś formą pomagania ludziom. W naszym przypadku nie tylko ich uczymy, ale i doradzamy. Pewne etyczne standardy powinny obowiązywać, nawet jeśli nie są skodyfikowane. Na dłuższą metę to powinno się zresztą opłacać. W krótkim okresie oczywiście pogarsza wyniki. Gdybym teraz zaczynał działalność, nie wiem, czy mógłbym sobie pozwolić na takie etyczne postępowanie, bo chyba bym się po prostu nie przebił. Dziś stać mnie na to. A jak się pan przebił? Pochodzę ze Śląska, skończyłem na Uniwersytecie Warszawskim historię i archeologię śródziemnomorską i szukałem swojego miejsca w życiu i po prostu w Warszawie. Robiłem różne rzeczy. Pracowałem jako recepcjonista w hotelu, współpracowałem z różnymi gazetami jako dziennikarz, przez rok pracowałem w prywatnej szkole. Szkoła mi za bardzo nie odpowiadała. Widziałem, jak funkcjonuje i wiedziałem, że nie jest to miejsce, gdzie mogę się do końca realizować, ale w działalności na polu edukacji dostrzegłem szansę. Start do samodzielnej działalności był bardzo trudny. Mogłem liczyć tylko na pomoc żony i jednego z serdecznych przyjaciół ze studiów. Zaczynałem z kapitałem stu złotych. Za te pieniądze kupiłem pieczątkę i zamówiłem pięć ogłoszeń w „Gazecie Wyborczej”. Trzy z nich wydrukowano z błędnym numerem telefonicznym, na kolejną serię nie było mnie stać. Później było bardzo mozolne poszerzanie działalności, powiększanie liczby wykładowców, docieranie do kolejnych dzielnic. Przez pierwsze lata miało to głównie posmak przygody. Nie byłem nigdy wcześniej przedsiębiorcą, nie próbowałem zarabiać pieniędzy na własną rękę. Wszystko było nowe. Sam drukowałem na kserokopiarce ulotki reklamowe i do pierwszej w nocy sam biegałem po Pradze. Koledzy, których namawiałem do pomocy, mówili, że się boją. Przypominało to trochę konspirę. Opłaciło się to bieganie? Po tych kilku latach trudno byłoby mi już pracować w firmie, w której miałbym swojego szefa. Dotychczasowi szefowie nie wykorzystywali mojej pracowitości, kwalifikacji i pomysłów. To był istotny powód, który skłonił mnie do pracy na własny rachunek. Taka praca daje poczucie wolności, samodzielności w decydowaniu o sobie. Mówię może truizmy, ale dopóki człowiek nie spróbuje, nie wie, jak to naprawdę jest i stale się uczy. Musiałem np. nauczyć się zarządzania ludźmi. Mam u siebie nauczycieli bardzo młodych, których trzeba prowadzić i szkolić. Mam bardzo doświadczonych, którzy z kolei bardzo często mają złe nawyki, a jednocześnie źle reagują na krytykę. To jest stały problem, jak korygować styl ich pracy, szanując doświadczenia. Aby „Marka” mogła się rozwijać, musiałem nauczyć się integrować ludzi wokół firmy, tak by nauczyciele widzieli w niej nie tylko miejsce do zarobienia od czasu do czasu paru groszy. To są tylko niektóre umiejętności, jakie zdobyłem... Reforma Oświaty, jeśli się powiedzie, może zasadniczo zmniejszyć zapotrzebowanie na korepetycje i kursy przed egzaminami. Dla „Marki” i podobnych przedsiębiorstw nadchodzi rzeczywiście ciężki czas. Przez jeden rok nie będzie żadnych egzaminów, a i cały system egzaminacyjny może zmienić się zasadniczo. Zmieni się w związku z tym charakter branży, a jest to wielki biznes, choć bez wielkich biznesmenów. W jednym roku w Warszawie i okolicach jest około 20 tys. ósmoklasistów, wśród których połowa wymaga jakiejś pomocy. Chodzi tu o duże, ale bardzo rozproszone pieniądze. Za 2-3 lata może jednak pozostać tylko kilka dużych firm specjalizujących się w kursach i szkoleniach, które opanują rynek. Już teraz podejmowane są próby w tym kierunku. Pojawiały się firmy, które próbują działać w skali całego kraju. Inne, mniejsze, padają. Sukces reformy może oznaczać porażkę również pana firmy? Sądzę, że sobie poradzimy. Staramy się robić nowe rzeczy obok kursów przygotowawczych, np. zagraniczne wycieczki edukacyjne i kursy zawodowe. W ten sposób jednak ze znanej sobie niszy wchodzi pan na bezmiar rynków edukacyjnych, na których działają m.in. międzynarodowe firmy szkoleniowe. Czy jest pan gotów – po ciężkich bojach o ulotki na ulicach – podjąć znów, na nowym etapie, twardą walkę konkurencyjną? W ten sposób nie będziemy mieli wyboru. Jeśli nie przestawimy zwrotnicy, upadniemy. Dalszy rozwój zależy od tego, co potrafimy zaproponować. Rynek edukacyjny staje się coraz bardziej profesjonalny. Kiedyś takie działania jak moje opierały się na entuzjazmie, ale to już teraz nie wystarczy. Wchodzą do nas firmy zachodnie, doświadczone we wszelkiego rodzaju doskonaleniu ludzkich kwalifikacji. Trzeba działalność bardzo poszerzyć. Wiedzy, energii i odporności psychicznej pewnie panu nie zabraknie. Ale czy to wystarczy? Najgorzej niewątpliwie będzie z kapitałem, bo w grę wchodzą coraz większe nakłady. Potrzebne są też nowe inwestycje, w tym na przykład stałe badania rynku. Dawniej planowaliśmy działalność „na nos”, dziś przeprowadzamy ankiety wśród uczniów i rodziców, by lepiej zrozumieć potrzeby i wymagania. Do tej pory pieniądze, które zarabiałem, nie były w zasadzie inwestowane, bo musiałem zapewnić sobie podstawy życiowe, np. kupić mieszkanie. Teraz będę nie tylko musiał inwestować zyski, ale także najprawdopodobniej wziąć kredyt. Bez dodatkowych środków to przestawianie zwrotnicy trwałoby za długo. Jest pan zdecydowany podjąć nowe ryzyko? Tak, oczywiście. Trudno byłoby mi odnaleźć się dziś w strukturze większej firmy z kierownictwem, z układem zależności, z określonymi godzinami pracy. Za bardzo poczułem smak wolności. Ja mogę ograniczyć swoje zyski. Pieniądze nie są jedyną motywacją tego, co robię. Najważniejsze jest zachowanie niezależności. Ta właśnie motywacja jest i będzie we mnie na tyle silna, że nie wycofam się z biznesu. Wśród humanistów poszukujących swojego miejsca w życiu tylko niewielu odnalazło je w biznesie. Co pana wśród nich wyróżnia? Myślę, że przede wszystkim determinacja – pewien specjalny rodzaj uporu – i pracowitość. Wynika to chyba z korzeni rodzinnych. Mój ojciec, który wywodzi się ze wsi, przeszedł całą drogę typową dla ludzi PRL -–budował np. Nowa Hutę i pracował w kopalni – był dla mnie wzorem pracowitości. Nie korzystając z żadnych przywilejów, zawsze przeciwny ustrojowi, bez znajomości i wykształcenia, dzięki niezwykłej pracowitości osiągnął życiowy cel – wybudował dom. Nie wolałby pan tak naprawdę zajmować się archeologią, niż walczyć o klientów? Kiedyś marzyłem, żeby jeździć na wykopaliska, trochę nawet jeździłem i chętnie bym to robił nadal. Mogłem zostać na uczelni. Ale z czego bym żył? Na początku lat dziewięćdziesiątych ten wybór był bardzo ostry, bo przed młodymi pracownikami naukowymi było o wiele mniej szans dodatkowego zarobkowania niż dzisiaj. Teraz, przy rozkwicie szkolnictwa niepublicznego, tych możliwości jest wiele. Miałbym dziś większą możliwość wyboru, sam zatrudniam młodych asystentów, którzy naprawdę dobrze w „Marce” zarabiają. Tak mi się ułożyło, ale zawsze jest coś za coś. Kiedy pójdzie pan jeszcze parę kroków do przodu, zmieni i rozwinie firmę, będzie pan chyba musiał myśleć w większym stopniu kategoriami właściwymi dla biznesu. Efektywność, udział w rynku, zysk, inwestycje na różnych polach. Wszystko to ma pan dopiero przed sobą. Tak, nie doszedłem jeszcze do tego etapu. Nie myślę o sobie jako biznesmenie. Jestem na innej półce. To nie znaczy, żebym nie potrafił. Sądzę, że przy odpowiednim nastawieniu psychicznym mógłbym z powodzeniem próbować sił w prawdziwym biznesie. Jeśli, jak planuję, zrobię zwrot w działalności firmy, to być może zacznę myśleć: dziś edukacja, jutro handel. Najważniejsze, żeby bilans wypadł jak najlepiej. Z drugiej strony, wiem, ile musiałbym się nauczyć, żeby od kierowania małą firmą przejść do prawdziwego poważnego biznesu. Na razie jestem raczej manadżerem w środowisku nauczycielskim niż nauczycielem w środowisku biznesu. Rozmawiał Grzegorz Łyś |